O demonach (samo)zwątpienia

1. Mądrość samopoznania

Dawno, dawno temu, w odległym kraju nad Morzem Śródziemnym żyli ludzie uznawani za mędrców. Wierzyli oni w prawdę, której można sięgnąć. Wierzyli w wiedzę, która może być pewna. Wierzyli w rozum, który może być przewodnikiem. I zapoczątkowali jeden z najstarszych zawodów świata - ich uczniowie i spadkobiercy żyją wciąż pośród nas, choć minęły już całe tysiąclecia. Nadal nazywają siebie Miłośnikami Mądrości, choć pierwotne znaczenie tej nazwy dawno zostało zapomniane. W pomroku dziejów zniknęła nam z oczu droga do jednego z najważniejszych źródeł starożytnej mądrości.

Dziś z coraz większym trudem przychodzi wierzyć w prawdę. Zagubiła się ona gdzieś pomiędzy subtelnościami kolejnych "teorii prawdy" i "koncepcji prawdy". Dziś coraz trudniej zachować pewność. Okazała się niezwykle ulotna i przejściowa. Nawet rozumowi nie ufamy już w pełni, przebąkując coś o absurdzie powrotu do Oświecenia. A w życiu jesteśmy zagubieni nie mniej niż nasi szacowni poprzednicy.

Być może właśnie to poczucie zagubienia było źródłem filozofii. W historii idei odnajdujemy wystarczająco wiele strategii radzenia sobie z wątpliwościami. Poszukiwano fundamentu, czegoś co byłoby stałym punktem odniesienia. Czegoś, co przynajmniej w ograniczonym zakresie zapewniłoby nam spokój. Dla starożytnych jednym z najważniejszych punktów oparcia było samopoznanie. Ale my z jakiegoś tajemniczego powodu postanowiliśmy z niego zrezygnować. Nad nasza kultura krążą demony samozwątpienia. O nich będzie ten artykuł.

2. Poznaj samego siebie

Gdy Sokrates poszukiwał uzasadnienia własnej życiowej drogi, gdy pragnął utwierdzić się we własnych wyborach, odwołał się do starej maksymy, wyrytej nad drzwiami wyroczni w Delfach. Słowa: Poznaj samego siebie, wskazywały drogę do szczęścia, spokoju i mądrości. Poznawszy samego siebie, człowiek mógł zyskać wiedzę wartościową, sięgał prawdy i pewności. Niejako sam stawał się prawda i pewnością i dzięki temu wiedział, co czynić. Ja było ostoją, punktem odniesienia, rdzeniem dobrego życia.

Podobna drogę obrał Platon. Swoje żeglowanie ku najwyższej idei Dobra-Piękna-Prawdy rozpoczął od poszukiwania w samym sobie. Przecież ta wiedza, którą zdobywamy za pośrednictwem zmysłów, jest ułudą, ledwie cieniem na ścianie jaskini. Tymczasem we własnym wnętrzu możemy odnaleźć prawdę. Nasza dusza zna idee - prawdziwe byty kryjące się pod powierzchnią zjawisk. Żyła przecież pośród nich w tych cudownych czasach, gdy wolna była od ograniczeń cielesności. Skarb prawdziwej mądrości mamy w sobie, musimy tylko przedrzeć się przez zasłonę zapomnienia, by odkryć ścieżkę, która wyprowadzi nas na zewnątrz jaskini.

Podobną wiarę w mądrość płynącą z samopoznania odnajdujemy u Arystotelesa, choć u niego ta myśl przepełniona jest duchem doczesności. Każdemu pragnącemu szczęścia Filozof zalecał uważne badanie samego siebie. Tylko rozpoznając co jest dla nas możliwe (własną potencję), żyjąc zgodnie z przyrodzona każdemu z osobna entelechią, można osiągnąć spełnienie. Wszak szczęśliwym może być tylko człowiek, rozwijający własne talenty i przyrodzone skłonności. Gubimy szczęście, gdy usiłujemy stać się kimś, kim nie jesteśmy albo też gdy nie stajemy się tym, kim moglibyśmy się stać. Tylko aktualizując własne możliwości, sięgniemy pełni człowieczeństwa.

Starożytni wierzyli, ze poznając samych siebie, można znaleźć dobro, piękno i prawdę. Prawdziwa i ważna wiedza bywała ukryta, zapomniana czy zniekształcona, ale była. Niczym perła ukryta na dnie tobołka włóczęgi, raz odnaleziona, zapewniała bogactwo na resztę życia. Dziś właśnie tej wiary nam brakuje. Z góry zakładamy, że jedyna perła, jaką możemy znaleźć, jest ledwie przymglonym szkiełkiem. Powątpiewamy w możliwość poznania samych siebie. Fundamentalna podstawę wiedzy, odnajdywana niegdyś w sobie, zamieniliśmy na iście paranoiczna podejrzliwość - także, a może zwłaszcza, wobec samych siebie. Nie stało się to z dnia na dzień. Sceptyczna paranoja, tak charakterystyczna dla współczesnej kultury, narastała latami. Dopuszczaliśmy do głosu kolejne demony zwątpienia i żegnając się z nadzieja na samopoznanie, przestępowaliśmy bramę piekła.

3. Demony metafizyczne

Zwątpienie narastało powoli, a jego wyrazem zawsze była filozofia. Pierwsza linia oporu upadła, gdy pojawiła się myśl, że być może sama konstrukcja świata sprawia, iż nie będziemy w stanie nigdy go poznać.

Kartezjusz swoje medytacje o pierwszej filozofii zaczynał od próby zwątpienia we wszystko, w co zwątpić można. Jego sceptycyzm, choć tylko metodologiczny, a zatem niejako wzięty w nawias, podważył niemal całą ludzką wiedzę. W augustyńskim: wątpię, wiec jestem, francuski myśliciel odnalazł wprawdzie pewność własnego istnienia, lecz cała reszta nie była już tak oczywista. Jego wielkim koszmarem, a zarazem ostatecznym argumentem sceptycznym była myśl o złym duchu, demonie, który jest tak potężny, ze może kontrolować nasze zmysły i nasz rozum. Gdyby istniała taka istota - wszechmocny Bóg, zły i złośliwy, za cel stawiający sobie umieszczanie nam w głowach nieprawdziwej wiedzy - jakże moglibyśmy się obronić? Demon z łatwością mógłby oszukać nasze zmysły, a rozum zwieść na cudne manowce. Mógłby podsunąć nam błędny obraz świata i zafałszowany obraz nas samych. Wobec takiego antagonisty bylibyśmy bezbronni, niczym dzieci we mgle. Naturalnie w toku swojego wywodu Kartezjusz dochodzi do wniosku, ze Bóg nie może być zły (jest przecież doskonały), a zatem nie mamy się czego obawiać. Niestety kartezjański dowód istnienia (doskonałego) Boga jest raczej mało przekonujący, trudno więc znaleźć w nim solidne oparcie. Dlatego też lęk przed możliwością manipulacji jest nadal obecny.

Dziś ten sam lęk wyrażamy przy użyciu innych metafor - nie o demonach mówimy, lecz o szalonych naukowcach. Wyobrażamy sobie szaleńca z rozwianymi włosami, który z piekielnym chichotem wbija elektrody w zamknięty w słoiku mózg. Jak uczą nas neurofizjologowie, odpowiednio manipulując impulsami elektrycznymi oraz substancjami chemicznymi, można wywołać w mózgu rozmaite wrażenia. Być może taki wykształcony naukowiec byłby nawet w stanie sprawić, że mózgowi wydawałoby się, iż postrzega świat, którego nie ma. Współczesny wariant tej opowieści odnajdujemy na przykład w filmie braci Wachowskich Matrix, a to tylko jedna z wielu paranoicznych baśni, jakimi karmimy swoje umysły. Ich wspólnym elementem jest przekonanie, że wszystko co poznajemy (zmysłowo czy rozumowo), może być iluzją. A zatem wszystkie nasze rozumowania na temat świata, oparte na tak wątpliwych podstawach, są jak dom budowany na ruchomych piaskach. Teza sceptyczna jest tu stawiana naprawdę radykalnie, dlatego też zdrowy rozsadek (przynajmniej póki jest zdrowy) grzecznie ignoruje takie koncepcje. Ale demony zwątpienia działają też bardziej subtelnie. Zamiast frontalnie atakować naszą wiedzę, zwracają uwagę na ograniczenia naszych możliwości poznawczych.

Immanuel Kant pragnął rozpoznać granice naszej wiedzy. Badając proces poznawania, doszedł do wniosku, że nie jesteśmy w stanie uzyskać jakiejkolwiek wiedzy na temat rzeczywistości takiej, jaka jest ona naprawdę (świata noumenów). Jedyne, do czego mamy dostęp, to fenomeny, czyli wyobrażenia o rzeczach samych w sobie, przefiltrowane przez kolejne warstwy naszego aparatu poznawczego. Setka fotografii goryla nie pozwoli nam uzyskać takiej wiedzy o tym przemiłym stworzeniu, jak choćby jedna wizyta w ZOO. Wszak na zdjęciu nie widać choćby jakże naturalnych dźwięków czy zapachów. Aparat fotograficzny ma mocno ograniczone możliwości i podobnie nasz aparat poznawczy. Nie przekaże nam choćby wiedzy o elementach rzeczywistości wykraczających poza formy naoczności (czas i przestrzeń) czy kategorie intelektu. Dlatego też nigdy nie zdołamy poznać świata w jego pełni.

Te epistemiczne ograniczenia odnoszą się również do procesu samopoznania. Nigdy nie zdołamy poznać samych siebie, bowiem patrząc na siebie, dostrzegamy wyłącznie pewien fenomen. Nasza prawdziwa jaźń, nasz noumen, nasza "transcendentalna jedność apercepcji", pozostają niepoznawalne. Sama metafizyczna struktura świata wytycza tu nieprzekraczalne granice. Ale nie tylko metafizyka okazuje się źródłem samozwatpienia.

3.1. Demony historyczne i społeczne

Kolejnych argumentów przeciw możliwości poznania samego siebie dostarczają nam myśliciele z tradycji heglowsko-marksowskiej. Hegel zbudował klasyczny model samopoznania. Jego Duch zdobywa wiedzę na swój temat w dialektycznym procesie własnego rozwoju. Jego samowiedza jest zawsze historycznie zrelatywizowana i chwilowa i z czasem musi okazać się fałszywa lub przynajmniej niepełna. Gdy tylko Duch wstąpi na kolejny poziom poznawczej ewolucji, jawi się sobie w zupełnie nowy sposób. To proste, lecz ważne spostrzeżenie - na określonym etapie funkcjonowania, dysponując ograniczonymi informacjami na temat faktów, nie jesteśmy w stanie zbudować doskonałej wiedzy. Jedyne, co jesteśmy w stanie osiągnąć, to jak najpełniejsza wiedza na ten właśnie moment. Zawsze musimy dopuścić możliwość pojawienia się nowych informacji, które zmuszą nas do całkowitego przebudowania naszych wyobrażeń o świecie i nas samych. Wiedza nieustannie się rozwija. A nasza samowiedza jest ograniczona nie tylko ograniczeniami aparatu poznawczego, ale i historycznością wiedzy. Dialektyczny rozwój samowiedzy Ducha jest gwarantem postępu, ale i zarazem uniwersalnym, sceptycznym straszakiem. Może mi się przecież wydawać, że poznałem samego siebie, że znam swoje ograniczenia i cechy. Jednak kolejne życiowe doświadczenia, kolejne przyswojone teorie, przekształcają mnie. Próbując poznać samego siebie, jestem niczym eleacki Achilles daremnie ścigający żółwia. Zawsze jestem tuż za i nigdy nie sięgnę celu, wszak nim zdobędę o sobie wiedze, już się zdążę zmienić, a moja wiedza stanie się nieaktualna.

Podobną rolę odgrywa kategoria fałszywej świadomości, pojawiająca się w filozofii marksowskiej. Musimy zaakceptować fakt, że nasz obraz świata kształtowany jest w oparciu o dane, jakimi dysponujemy. To, jaką wiedzę posiadamy i jakimi kategoriami próbujemy uchwycić świat, jest mocno uzależnione od czynników klasowych czy - mówiąc szerzej - środowiskowych. To, jak mnie wychowano, z jakimi ideami się zetknąłem, jak traktowano mnie w szkole - wszystko to warunkuje sposób, w jaki widzę samego siebie. Nie odkrywam prawdy o sobie, lecz raczej myślę o sobie tak, jak nauczono mnie myśleć.

Filozofia marksistowska (czy jak wola niektórzy - marksowska) była fundamentem twórczości niezliczonych myślicieli dwudziestego wieku. Krążące nad nią widmo nieufności opętało niejeden umysł. Dziś mówimy o kulturze, której formy i pojęcia kształtują naszą wiedzę. Wielu twierdzi, że musimy zaakceptować tezę, iż dobro, piękno i prawda dawno uległy relatywizacji. Nawet poważni naukowcy zaczęli przyznawać się do fallibilizmu. A do ograniczeń metafizycznych i historycznych trzeba dodać jeszcze niezliczone uwarunkowania społeczne.

Ta narastająca fala podejrzliwości zmiotła ostatecznie wiarę w możliwość poznania samego siebie, narzucając nam zupełnie nowy obraz człowieka. Decydujący cios zadał Zygmunt Freud, tworząc podstawy psychoanalizy - jednego z najpotężniejszych mitów dwudziestego wieku. To on dostarczył pojęć i teorii, które mogły trafić nie tylko do wykształconych filozofów, lecz i do tak zwanego przeciętnego człowieka. W dużym stopniu on właśnie jest odpowiedzialny za współczesny system wierzeń dotyczących człowieka.

3.2. Demony psychologiczne

Psychoanaliza już na wstępie zakłada, że niemożliwe jest poznanie samego siebie. Kategorycznie stwierdza, że wszystko, co możemy poznać w sobie, jest jedynie powierzchnią zjawisk. To wszystko, co w nas naprawdę istotne, co decyduje o naszym zachowaniu, tkwi w niepoznawalnej i mrocznej sferze nieświadomości. To, co stanowi istotę nas samych i naszej tożsamości, jest niepoznawalne. Wszelka samowiedza okazuje się tu zarazem samoułudą, efektem działania pomysłowych "mechanizmów obronnych ego". I nie ma przed tym ucieczki - im mocniej zaprzeczamy sugestiom psychoanalityków, tym mocniej się pogrążamy. Wszakże wszelkie protesty są jedynie przejawem działania mechanizmu zaprzeczeń. Koncepcja nieświadomości okazuje się wyjątkowo nośna. Pozwala wyjaśnić niemal wszystkie właściwości psychiczne człowieka prostym stwierdzeniem: istnieje przyczyna takich fenomenów (zachowań, wrażeń, myśli) ukryta w nie dającym się poznać obszarze naszej jaźni. Nasze reakcje, emocje bądź działania nie są przypadkowe czy chaotyczne, lecz po prostu niemożliwe do pełnego zrozumienia i wyjaśnienia. Wprawdzie jesteśmy w stanie poznać i kontrolować siebie (w ograniczonym stopniu), jednak samopoznanie nigdy nie będzie kompletne. Warto zauważyć, jak istotna jest afirmacja możliwości ograniczonego samopoznania - pozwala uwiarygodnić psychoanalityczną terapię. Ale ostateczna granica wytyczona jest ostro i jest nieprzekraczalna. Nieświadomość nigdy nie zostanie uświadomiona (przestałaby wówczas być nieświadomością).

Zauważmy, że perspektywa psychoanalityczna sprawia, iż kompletnie zmienia się podejście do samopoznania. Nie poznajemy siebie po to, by uzyskać pewność, prawdę i wskazówki do szczęśliwego, dobrego życia. Jedynym celem tego procesu jest poznanie przyczyn naszych problemów. Samoświadomość z pozytywnego ideału życia stała się uniwersalnym uzasadnieniem naszych słabości. Zamiast mówić: "poznałem siebie, jestem taki a nie inny, powinienem zatem żyć w taki właśnie sposób", powiemy raczej: "poznałem siebie, w przeszłości wydarzyły mi się takie a nie inne rzeczy, i to usprawiedliwia to, że jestem taki, jaki jestem". Pro-aktywna, twórcza perspektywa, motywująca do rozwoju, została zastąpiona bezwarunkową akceptacją i szkolnym usprawiedliwianiem zachowania. Ideał samopoznania zastąpiony zaś został nieprecyzyjnym (i podatnym na manipulacje) ideałem "zdrowia psychicznego".

Dodajmy do tego teorie neurofizjologiczne, w myśl których nasza tożsamość okazuje się wypadkową chemicznych i elektrycznych procesów zachodzących w naszym organizmie oraz wpływów środowiskowych. Czynniki biologiczne i społeczne kształtują nasza jaźń, a my nie jesteśmy w stanie ani ich w pełni poznać, ani zrozumieć, ani im się przeciwstawić. Uwierzyliśmy w to, że jesteśmy mechanizmami, które nie są w stanie same siebie poznać i zrozumieć. A zatem nigdy nie znajdziemy oparcia i wskazówki w poznaniu samych siebie. Jesteśmy skazani na poddanie się niewiadomemu. Popkulturowa powszechność psychoanalizy sprawiła, że ostatecznie utożsamiliśmy się z czymś, co jest ze swej istoty niepoznawalne. Trudno więc delficki nakaz traktować jako poważną wskazówkę praktyczną.

4. Dlaczego?

Historia idei okazuje się zapisem narastającej poznawczej paranoi. Od marzenia o poznaniu samego siebie doszliśmy do kompletnej niewiary w możliwość samopoznania. Co więcej, zgodziliśmy się zaakceptować myśl, że nasza tożsamość nie zależy od nas samych, lecz jest raczej wytworem czynników (środowiskowych, biologicznych, psychologicznych), nad którymi nie panujemy. Warto w tym miejscu zadać dwa pytania:

  1. Jakie są konsekwencje przyjęcia takiego obrazu siebie?
  2. Dlaczego taki obraz nas samych aż tak się upowszechnił?

Odpowiedz na pierwsze pytanie nie jest szczególnie optymistyczna. Odrzucając nakaz zawarty w słowach: Poznaj samego siebie, rezygnujemy z bardzo użytecznego życiowego fundamentu. Zwątpienie pozbawiło nas ideału poznawczej pewności, co zaowocowało współczesnym skrajnym relatywizmem. Zrzekliśmy się zarazem porządku życia, gwarantowanego przez nasza tożsamość. Zakładając, że jesteśmy jacyś, zyskiwaliśmy przekonanie o celowości naszych działań. Mogliśmy realizować swoje możliwości, spełniać się w codziennym życiu. Gdy nie mamy ideału do zaktualizowania, stajemy się ulotnym projektem, uzależnionym od zmiennych okoliczności.

Rezygnując z ideału samopoznania, utraciliśmy zarazem poczucie sprawstwa. Skoro nie wiemy jacy jesteśmy, a nasze działania wypływają ze sfery, nad która nie mamy kontroli, to jakże zachować wiarę w to, że mamy jakikolwiek wpływ na siebie i na świat? Sartrowska absolutna wolność okazuje się tu ciężarem raczej, niźli wybawieniem. Bardzo smutno jest ponosić odpowiedzialność za decyzje i czyny, z którymi nie w pełni się identyfikujemy.

W konsekwencji tracimy także poczucie bezpieczeństwa związane z przewidywalnością własnych działań i ich konsekwencji. Nie mamy już podstaw do spokojnej wiary w to, jakimi jesteśmy ludźmi. Wiedząc jaki jestem, mogę kierować swoim postępowaniem w myśl własnych wyidealizowanych wyobrażeń. Pozbawiony złudzeń na temat samego siebie, w sytuacji granicznej, nie znajdują oparcia w niczym - mogę jedynie poddać się okolicznościom, instynktom i automatycznym, nieświadomym reakcjom.

Wszystko to razem nieszczególnie sprzyja zachowaniu pro-aktywnej perspektywy w życiu. Odbierając nam wiarę w siebie, pozbawiono nas zarazem wartości działania.

Dlaczego więc na to pozwoliliśmy? Jednej z odpowiedzi udzielają zgodnie Sartre i Fromm - uciekamy przed własna wolnością, bo boimy się odpowiedzialności za to, jacy jesteśmy. Tu jednak wikłamy się w swoistą aporię. Z jednej bowiem strony, odrzucenie wiary w jakąś gotowa esencję naszej tożsamości pozornie oddaje cała wolność w nasze ręce. Skoro nie jestem jakiś, nie mam szans odkryć siebie samego, stają się absolutnie wolny. Mogę być jakikolwiek, skoro nie jestem określony. Egzystencjalizm daje tu złudzenie pełnej swobody. Z drugiej jednak strony, ta absolutna wolność okazuje się iluzją w konfrontacji z rzeczywistością. Wbrew egzystencjalnym marzeniom, napotykam w sobie i wokół siebie granice, które nie pozwalają mi być każdym, kim chciałbym być. Odrzucając wiarę w możliwość poznania własnych możliwości i ograniczeń, skazuję siebie na bezsensowne miotanie się. I tak muszę ponieść konsekwencje okoliczności i działań, na które nie mam wpływu. Odpowiedzialność bycia sobą zmienia się w odpowiedzialność za tajemnicze i nieznane mi czynniki - co rodzi oczywisty sprzeciw.

W dalszej perspektywie przyjęcie takiego światopoglądu pozwala pozbyć się odpowiedzialności za własny rozwój. Nie ma miejsca na prace nad sobą, skoro i tak nie mogę poznać siebie ani zrealizować żadnych przyszłych ideałów. Wysiłek samopoznania i samorozwoju może zostać z łatwością odrzucony. Jest to zwyczajnie wygodne - możemy stać się konsumentami kultury, zamiast jest twórcami. Widzami życia, a nie żyjącymi. Nośnikami cudzych myśli, a nie myślicielami. Całe życie możemy spędzić w platońskiej jaskini, nie śniąc już o wyjściu.

A może czas wreszcie odprawić jakieś egzorcyzm?

Niniejszy tekst został opublikowany w piśmie [fo:pa] (nr 6, styczeń 2006)
2005r.
Valid XHTML 1.1! Creative Commons License